– 4 –

I tak doszliśmy do pytania, które padło w tym miejscu już wcześniej. Akurat gdy chciałem je powtórzyć zauważyłem, że słońce zaszło, a na niebie pojawiało się coraz więcej chmur. Barman zaczął zamykać okna, bowiem zrobiło się chłodniej.

– Ale co z wychowaniem i rodzicami? Nie mają na to wpływu? – Spytałem. – Wiem, że Freud i jego psychoanaliza odchodzą w przeszłość, choć dalej dość powoli, ale czy nie  dochodzi znów do przegięcia w drugą stronę? Bowiem to przecież rodzice nas uczą niezwykle wielu różnych zachowań, języka. To oni posyłają nas do konkretnego kościoła. Od dziecka wpajają, nieświadomie czy świadomie, konkretną kulturę, obyczaje tego społeczeństwa i oczywiście też tego konkretnego języka – Analizując tak na głos zacząłem kręcić głową – no jak nie akceptuję wielu znanych, acz archaicznych przekonań na temat zachowań i nauki nowych umiejętności, to ciężko mi uwierzyć, że rodzice nie wpływają aż w tak dużym stopniu na nasze zachowanie.

Widziałem jak Psychoterapeutka bierze głęboki wdech.

– Rodzice – zaczęła, uśmiechając się – to temat dzięki któremu psychobiznes już sporo kasy zarobił… Pragnę zauważyć, że skoro za nasze błędy czy nieudane życie odpowiadają rodzice, to czemu gdy pojawiły się terapie w stylu behawioralno – kognitywnych lub właśnie ACT, odnoszą one lepsze rezultaty? To jeden z wielu, ale w sumie wystarczający dowód, by zacząć się zastanawiać czy szukanie powodów porażek i błędów „na zewnątrz” przypadkiem nie jest… ludzkim, niezwykle naturalnym odruchem i dlatego niektóre terapie są idealne dla naszych automatycznych i pożądanych reakcji. W końcu jest stare, dobre przysłowie: „Sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą”. To można odnieść do wielu dziedzin naszego życia. Czy wy nie macie czasem podobnie? – Popatrzyła na nas pytająco. Kiwnęliśmy wszyscy głowami – No właśnie. I to jest niezwykle uniwersalne. Nie znam nikogo, kto by powiedział w chwili zauważenia błędu: „Tak, pomyliłem się. Nie jestem doskonały”. Zawsze próbuje się zwalić na innych, niekoniecznie na rodziców, lub jeszcze lepiej ukryć jakoś tę gafę. A powinniśmy wtedy na spokojnie – choćbyśmy widzieli niezwykle nieprzyjemną dla nas radość w oczach innych ludzi, którzy to zauważyli – powiedzieć sobie w głębi: „Niestety nie dostałem tego szczęścia, by być podłączonym do źródła wszelkiej wiedzy i zachowań, aby wszystko robić i myśleć dobrze lub najlepiej. Jeśli ty, który się ze mnie śmiejesz, lub z błędu wynikłego z mojej winy czerpiesz satysfakcję, jesteś do niego podłączony, to gratuluję… wybujałej wyobraźni. Bowiem wszyscy popełniamy błędy i nie ma w tym nic złego, ani karygodnego. I ja czasem zwyczajnie nie wiem co powiedzieć i jak się zachować. Boję się, lub nie mam sił, by sprostać zadaniu”.

– Trochę to długie – zauważyłem.

Psychoterapeutka zmarszczyła nos.

– No…

– Ale tekst z podłączeniem do źródła wszelkiej wiedzy jest dobry. Uzmysławiający trochę utopijne marzenie o tym, jakby to było, gdyby błędów się nie popełniało. Tylko że – nosiłem się trochę z tym jak powiedzieć o mojej tragicznej autokrytyce – no, w moim przypadku… Ok, gdy popełnię jakiś błąd, czasem nawet małą gafę, to czuję się tak jak pewnie poczułby się Hitler, gdyby go w ostatnich latach wojny dorwały wyrzuty sumienia.

– No tak, to też ciężka przypadłość. Ta jest o tyle przykra, że na każdym kroku, nawet w myślach popełniając gafę, można się potem zaorać samokrytyką. W tej kwestii trzeba po prostu uświadomić sobie, że my nie możemy się nie mylić nigdy, a osoby które będą raczyły nas swoim gdybaniem jak oni by to zrobili, oczywiście o wiele lepiej, posądzają się o jakieś nadnaturalne zdolności. Jakby mieli dostęp do alternatywnych światów, gdzie zdarzają im się dokładnie te same sytuacje i tam mają taki sam światopogląd, prywatne słabości i aktualne problemy jak my. Są w takim samym humorze jaki ty miałeś sprzed feralnego zdarzenia…

– Czasem nawet wspomnienia.

– Niech będą też wspomnienia. – Wyprostowała się dumnie, uniosła spojrzenie w górę i z mocnym, odważnym tonem, kontynuowała: – I przechodzą cięższy okres bez szwanku, odważnie, efektywnie pokonując wszelkie przeszkody, pokazując siłę swojego charakteru i spryt swojego umysłu. – Wracając do neutralnej pozycji, mówiła dalej: – Widzisz jakie to żałosne? Gdyby te mędrki umiały w równie cudowny sposób wyjść z siebie i zobaczyć z boku, to by sobie mocno uświadomiły, że gadają jak skończeni kretyni i jedyne co robią, to pompują sobie ego i to w dość płytki sposób. Niestety, mało osób zauważa coś, co niemal jest regułą, czyli takie irytujące teksty w stylu: „Gdybym ja był na twoim miejscu, to na pewno zrobiłbym tak i tak”, „Twoje problemy to pikuś, można je załatwić od ręki. Skoro o tym mówimy, to JA mam problem” i – o ironio – tak większość do innych mówi.

– Wiesz, wstyd przed innymi z powodu własnych gaf, też oczywiście jest. Tylko, że czasem dochodzi do takiego stopnia wstydu i złości na siebie, że już nie mogę ze sobą wytrzymać. Próbuję oczy…

– Momencik – przerwała mi. – Zdaję sobie sprawę z tego, co ty i inni ludzie z problemami których nijak, mimo uporów i różnych prób podejść do niego, nie mogą rozwiązać. Niestety ja słyszałam tylko o paru ludziach na świecie, którzy umieli sprawnie zarządzać swoimi umysłami: To Budda i Jezus z Nazaretu. Podróżniku – popatrzyła mi głęboko w oczy – miej trochę więcej wyrozumiałości dla siebie. Niestety jako gatunek ludzki jesteśmy niedoskonali i nie rodzimy się z instrukcją obsługi „Jak żyć”. I choć to powinno wystarczyć, to można się pokusić o inne podejście. Pociągnijmy więc tę grę dalej. Bowiem nikt nie zauważa absurdu na który się skazuje podczas złości, wyrzutów sumienia czy wstydu. Skoro wyrzucasz sobie, że mogłeś postąpić czy powiedzieć inaczej i ten błąd, to zło, wtedy by się nie wydarzyło, oznacza, że masz zdolność spojrzenia w przyszłość. Skoro tak, to po jaką cholerę wpakowałeś się w problemy? Przecież doskonale wiedziałeś co się stanie jak pójdziesz w lewo a nie w prawo, że dojdzie do rozwodu, gdy wybierzesz tę a nie inną kobietę za żonę. To tłumaczenie powinno wystarczyć, byś dał sobie nieco luzu. Oczywiście uważam, że samokrytyka jest ważną cechą. Ona nas dyscyplinuje i tak naprawdę pomaga, byśmy tworzyli lepszych siebie. Ale tak jak z obawami, przy ciągłych unikach, ucieczkach czy strachu przed psychicznym zajechaniem samego siebie, zburzyliśmy naturalny przebieg relacji z nią.

Zauważyła, że na mojej twarzy pojawił się wyraz ulgi. To były słuszne słowa.

– Fajnie, że to rozumiesz. Choć oczywiście, nawet gdy już przez praktykę nabierzesz nowego podejścia do popełnionych błędów i samokrytyki, nie staniesz się nagle maszyną nie do pokonania. Nawet ludzie o silnej kondycji psychicznej mają ciężkie dni. Ale mają też dobrą samoświadomość. Wiedzą, że my nie potrafimy działać cały czas na najwyższym poziomie. Czasem wątpimy w siebie, nieraz popełniamy błędy, których w życiu byśmy się nie spodziewali. Tylko że czasem po prostu tak bywa. Niektórzy wiedzą, by nie robić z tego problemu. Tylko tyle i aż tyle. To bardzo pomaga, by nie tratować się całymi dniami i męczyć do takiego stopnia, że czasem dosłowne potknięcie się na ulicy traktują jako życiową tragedię. Mając zdrowy dystans, reagują najlepiej jak się da, uczą na doświadczeniach, też tych nieprzyjemnych i żyją, rozwijają się dalej, cieszą z życia i wypracowanych sukcesów. Niestety, sporo jest takich, którzy nie godzą się na takie wytłumaczenie i szukają jakichś głębokich, pokrętnych i nielogicznych wierzeń.