– 5 –

Przyszedłem do restauracji na popołudniową kawę. W drodze do baru rozglądałem się czy nie ma tu któregoś z moich znajomych, ale nikogo nie zobaczyłem. Mimo wczesnego popołudnia, wnętrze zasnuwał lekki cień. Pogoda ostatnio bowiem nie dopisywała. Choć dalej było ciepło, na niebie nie dało się znaleźć najmniejszej przestrzeni bez grubych kłębów chmur.

Zapach kawy docierał do mnie coraz intensywniej. W lokalu był już spory tłum, a większość z nich piła espresso.

Gdy odebrałem swoje wzmocnione latte (dla jasności, wzmocnione nie alkoholem, lecz dodatkowym shotem espresso), okrążyłem bar i poszedłem na tył sali. Zobaczyłem tu Zakonnicę. Choć nie miałem nic przeciwko jej towarzystwu, nie byłem pewny czy będziemypotrafili ze sobą rozmawiać. Do chwili obecnej raczej byliśmy bardziej jak widzowie debatowania o życiu i jego trudach.

Ponadto lubiłem bywać w swojej samotni. Niektórzy twierdzili, że nawet za bardzo i powinienem to zmienić. Oczywiście nie biorą poprawki na to, że każdy jest inny i myślenie kategoriami: „Ja wiem o wiele lepiej, co ciebie będzie cieszyć” jest jak – parafrazując dość znane powiedzenie:  Przekonanie, że najlepszym prezentem dla ryby jest rower. I po zauważeniu, że sobie kompletnie na nim nie radzi, stwierdzenie, że to z nią jest coś nie tak. Zakonnica mnie zauważyła, więc się jej ukłoniłem. W tym momencie minęło mnie parę osób i usiadło przy jej stoliku. Pomyślałem, że chyba lepiej bym bez słowa poszedł gdzie indziej i zostawił ją ze znajomymi.

 

Po ponad godzinie zacząłem się zbierać. Na zewnątrz znów zobaczyłem Zakonnicę, która szła sama spokojnym krokiem z rękoma założonymi na plecach. Tym razem zdecydowałem, że do niej dołączę.

Po wstępnej, uprzejmej wymianie kilku zdań, na chwilę zapadła cisza, ale nie czułem, (i ona chyba też) by była krępująca.

– Zebrała nam się ciekawa grupka – odezwała się.

– Fakt. Tylko my tu chyba nie mamy się czym popisywać.

– Na to o czym oni mówią, też miałabym swoje odpowiedzi. Ja po prostu lubię słuchać. Poza tym, Bóg czasem kieruje cię do pewnych osób, by to oni coś ci najlepiej wytłumaczyli.

Westchnąłem. Zrozumiała o co chodzi i kontynuowała.

– Wiele osób wątpi w Boga, będąc zawiedzionymi tą wiarą. I patrząc na świat, wątpią, że „coś tam nad nami jest”, choć – co jest nieco śmieszne – potem często idą do innych, którzy obiecują więcej niż sam Bóg. Nieraz stają się zwolennikami idei, które „gwarantują” większe cuda niż te, o których oni sami marzyli, gdy jeszcze w niego wierzyli.

Na chwilę przerwała, a ja czułem, że zastanawia się jak najlepiej ująć swoje myśli w słowa.

– Widzisz Podróżniku, to nie jest tak, że On nie pomaga, bo się na nas zezłościł, jest okrutny z natury czy też nie liczą się dla niego ludzie… My po prostu przeceniliśmy siłę Boga.

Myśl ciekawa, choć sądzę, że w kwestii Boga, jego istnienia, siły i intencji jakimi się kieruje, można by zrobić dyskusję bardziej emocjonującą niż hipotetyczna debata między Sheldonem, a doktorem Housem (dla mniej zorientowanych: bohaterowie dwóch różnych seriali, cechujący się inteligencją, elokwencją, rzucaniem niezwykle celnych, nieraz bardzo zwięzłych ripost).

 

Dalej szliśmy w ciszy. Zakonnica wskazując gdzieś palcem zasugerowała, byśmy skręcili. Weszliśmy w małą uliczkę, biegnącą po łagodnym łuku.Po chwili moim oczom ukazał się mały budynek kościoła.

– Tak, tam idę.Chcesz mi potowarzyszyć? – spytała.

Westchnąłem w myślach. Dla mnie kwestia szukania Boga to była długa, wyboista i kręta podróż. Naznaczona też strachem, rozczarowaniem, a czasem koszmarnym uczuciem potępienia. Nie chciałem do tego wracać. Tym bardziej, że  mozolnie  doszedłem do wniosków, które jakoś w miarę zaakceptowałem.

Nigdy nie potrafiłem przejść na jedną ze stron. Zawsze pozostawały ziarna niepewności i strach, że stracę więcej niż podejrzewam, jeśli zdecyduję się na bycie ateistą. Zostałem więc poszukującym agnostykiem (tak, wiem: z definicji agnostycy przyjmują, że nie da się udowodnić istnienia lub nieistnienia Boga, więc słowo „Poszukujący” jest w tym wypadku dość niefortunne. Traktuję je po prostu jako moją formę neologizmu). Nie potrafię obrać konkretnej strony, więc po prostu żyję dalej z intencją znalezienia odpowiedzi, ale bez takiego zaangażowania jak parę lat wcześniej.

Czasem myślę, że to właśnie próby bycia zbyt pewnym podjętych decyzji, stawały się głównym problemem i komplikowały – o ironio – bycie pewnym. Taki „Efekt superchcenia”, jak się ogólnie określa ten stan, gdy robimy naprawdę wiele, by do czegoś dojść i czasem właśnie to działanie i szczere chęci dają odwrotne skutki, lub nie dają żadnych. Wstępnie można byłoby to potraktować jak absurd, ale zasady technik ekspozycyjnych mogą poddać w wątpliwość to, co nam podpowiada – przynajmniej wstępnie – zdrowy rozsądek.

Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o celowe powoływanie negatywnych emocji czy bardziej zdarzeń, które je wywołują, co w efekcie ma – w dość ogólnym zarysie tej techniki – powodować przyzwyczajanie i wraz z tym wygaszanie nieprzyjemnych reakcji na bodziec (co ma też swoją ładną nazwę: Proces habituacji). Oczywiście nie jest polecana osobom o słabych nerwach.

 Przechodząc nawet na pole takiej dyscypliny sportowej jak tenis ziemny można zauważyć, że gracze, którzy byli bliscy przegranej, robili głupie, jak na ich doświadczenie, błędy i często już wtedy byli w konflikcie z trenerem (nasza Aga Radwańska miewała naprawdę gwałtowne kłótnie z ojcem – który również ją trenował) i tak jakoś potrafili wyciągać się z podbramkowej sytuacji. Ileż było meczów, w których faworyci odpadali, choć grali jak z bajki. Mieli już jeden set w kieszeni, czuli się pewnie, publiczność ich dopingowała, aż nagle dochodziło do tąpnięcia. Jeden przegrany gem, drugi, kolejny. Następnie set… I w końcu widok przeciwnika z upragnionym gestem zwycięstwa.