– 8 –

Przyszła kelnerka z daniami i zabraliśmy się do jedzenia.

Po posiłku Iluzjonista skręcał papierosa, a ja lubiłem na to patrzeć. Za każdym razem miałem wrażenie, że dla niego to taka mała ceremonia. Wycierając usta i przyglądając się jego ruchom, spytałem:

– No to teraz „krok po kroku” raczej ma małe szanse. Masz na to jakiś sposób? Myślę, że popychadłom zarówno w pracy, jak i w innych miejscach, choćby na imprezie, ciężko byłoby to stosować w czasie rzeczywistym. Czasem sytuacja, konflikt, wybucha znienacka, wszystko dzieje się zbyt szybko i człowiek nawet nie umie w miarę poskładać myśli, a co dopiero odpowiadać i nie pozwolić się znów zahukać.

Nad odpowiedzią zastanawiał się dość długo. To oczywiste, że temat wplątywania się i potem bezradnego trwania w relacjach opartych mniej więcej na regule: „Orzeł- ja wygrywam, reszka- ty przegrywasz”, nie jest łatwy do rozwiązania.

– Hmmm. Ale czy myślisz, że obłaskawianie takich biedaków niezwykle twórczymi tekstami w stylu: „dasz radę, tylko uwierz w siebie”, lub „to tylko w twojej głowie, musisz się po prostu przełamać” może cokolwiek pomóc? Czy po paru sesjach tej jakże cennej analizy oni zareagują właśnie tak – i spoglądając w górę jakby go olśniło, kontynuował sarkastycznie: –No tak! Kurwa, eureka, dzięki! Wreszcie mi to ktoś powiedział! To TYLKO w mojej głowie, ja muszę się PO PROSTU przełamać i będzie już dobrze! No, nie wiedziałem! Stary, od dziś moje życie nabierze nowych barw! Co ja bym bez tych złotych myśli zrobił…

Odpalił papierosa. Wypuścił dym i przyglądał się jego zawirowaniom w powietrzu.

– Nie chcę mówić, że moje rady nic nie wskórają, ale też nie chcę czarować, że pozwolenie sobie na bycie złym, nagle naprostuje skrzywione postrzeganie samego siebie. Jak ze wszystkim, to wymaga praktyki, upartości i zrozumienia że gdyby tego rodzaju problemy dało się załatwić od ręki, to by nie były problemami. Niestety jako gatunek, który lubi iść na łatwiznę, najpierw ulegamy najprostszym technikom. To znaczy… Sorry: „technikom” – poprawił się, dodając cudzysłów w powietrzu. – I nie widzimy, że staliśmy się nieświadomymi wyznawcami absurdu. Oczywiście łatwo znaleźć ogrom niby-artykułów, podobno popartych badaniami, które na dzień dobry już samym tytułem krzyczą, że oto przedstawiają sposoby pobudzenia potencjału do zmiany, pokazują techniki zwiększania motywacji do działania w trzech szybkich krokach, czy innych dwóch minutach… I nikt nie zwraca uwagi na to, że takich cudów świat już widział wiele.

Na chwilę przerwał, porozglądał się po innych stolikach i z jednego zabrał popielniczkę, po czym kontynuował wywód:

– Dawno temu, gdy byłem jeszcze zaczarowany magicznymi ideologiami, skupiałem swoją uwagę na takich artykułach i książkach. I dopiero gdy zacząłem sobie ten rodzaj myślenia odpuszczać, doszło do mnie, że dla niektórych jest to po prostu dobry biznes . Gdy nabrałem dystansu, zauważyłem, że tego rodzaju książek, artykułów, kursów czy nawet amuletów jest tyle, że gdyby ludzie mieli odnaleźć coś, co by rzeczywiście działało, to już dawno by to znaleźli. Oczywiście, nawet osobiście znam ludzi pełnych wiary, iż cuda w stylu prawa przyciągania, czy siły amuletów z symbolami używanymi przez jakichś tam azteckich kapłanów działają i oni sami są tego przykładem. Problem pojawia się tutaj taki, że mylą współistnienie ze współzależnością. Ponadto, gdy ich techniki się nie sprawdzają, ich wiara nie znajduje na to sensownych wytłumaczeń. Sportowcy lubią mieć różne zabobony, ale nie zmienia to faktu, że w cokolwiek by nie wierzyli, to nie osiągnęliby swoich sukcesów, gdyby nie mordercze treningi.

Przypomniała mi się taka opowieść, której puenta niesie solidne wnioski. Brzmiała mniej więcej tak:

Na walkę bokserską przyszedł ksiądz z ateistą, zupełnie nieznającym kanonów tej religii. Siadają na trybunach, patrzą jak z szatni wychodzą bokserzy. Jeden przed wyjściem na ring robi znak krzyża. Ateista pyta:

– Co on teraz zrobił za gest, co to znaczy?

– Jeżeli gość nie umie się bić… To nic.

Zdecydowałem, że będę się zbierać. Pożegnaliśmy się i wyszedłem z restauracji, przechodząc przez budynek. Ściemniło się na tyle, że latarnie już się świeciły. Idąc chodnikiem wspominałem ciekawe rozmowy i płynące z nich wnioski, które czasem czułem, że działały na mnie jak sole trzeźwiące. Odwróciłem się i popatrzyłem na budynek restauracji. Lampy neonowe nad wejściem tworzyły słowo, które było jej nazwą: Animus.